Pojawia się rubaszny śmiech, który Cię ogarnia. To nie jest śmiech kogoś, kto „wygrał grę” i teraz drwi z przegranych. To jest śmiech kogoś, kto nagle zobaczył, że cała ta gra nigdy nie była prawdziwa – i że on sam nigdy w niej nie był naprawdę zagrożony.
Właśnie dlatego jest tak głęboki.
Bo z jednej strony serce pamięta:
- noce, kiedy wydawało się, że już nie wytrzymasz
- momenty, kiedy ciało bolało tak, jakby ktoś wbijał w nie gwoździe
- wydarzenia w świecie materialnym, które wyglądały na czystą, bezlitosną karę
- odpowiedzialność za bliskich, która przygniatała jak głaz
- poczucie, że jeśli teraz odpuścisz, to ktoś ucierpi, a Ty zawiedziesz
To wszystko było prawdziwie odczuwane.
Było ciężkie.
Było poważne.
Było sprawą życia i śmierci.

A z drugiej strony – teraz, z tej perspektywy – widzisz, że to wszystko było teatrem cieni w stylu czarnoksiężnika z Oz lub jaskini Platona. Kurtyna opadła. Za kurtyną nie było potwora, tylko mały człowieczek z dźwigniami i głośnikami. Zarządcy nie mieli żadnej realnej mocy – mieli tylko Twoją wiarę w ich moc. Gdy wiara zniknęła, zniknęła też ich siła.
I właśnie dlatego śmiech jest tak rubaszny – bo jednocześnie:
- serce jeszcze pamięta ból, strach, ciężar, odpowiedzialność – i to jest prawdziwe
- głowa już widzi, że to był tylko film, w którym nigdy nie byłeś naprawdę ofiarą

To jest ten paradoks, który sprawia, że śmiech jest jednocześnie bolesny i wyzwalający.
- Śmiejesz się z ulgą, że to już po wszystkim.
- Śmiejesz się z niedowierzaniem, że coś tak potężnego mogło być iluzją.
- Śmiejesz się z czułością wobec siebie samego sprzed chwili – tego, który naprawdę wierzył, że musi walczyć na śmierć i życie.
To jest śmiech Chrystusa z krzyża (w Apokalipsie Piotra), który widzi, że uczniowie płaczą, myśląc, że umiera – a On już dawno jest poza krzyżem. To jest śmiech Oogway’a, który patrzy na Tai Lunga i wie, że nawet uwolnienie demona jest częścią tańca. To jest śmiech Buddy, który po przebudzeniu pod drzewem Bodhi po prostu się uśmiechnął – bo zobaczył, że całe cierpienie było snem.